Liofilizaty Trek’n’Eat.

Czasy plecaków wypchanych konserwami minęły bezpowrotnie. W dobie „fast and light” podróżnicy liczą każdy gram swojego ekwipunku. W miejscach, gdzie będą musieli nosić ze sobą również jedzenie, na pomoc przychodzą im liofilizaty.

Żywność liofilizowana jest dostępna na polskim rynku od ponad dekady, jednak wiele osób nadal drapie się po głowie słysząc o „liofach”. Liofilizacja żywności to proces polegający na odprowadzeniu wody z produktu za pomocą sublimacji (bezpośrednie przejście ze stanu stałego w stan gazowy z pominięciem stanu ciekłego). Pozbawiona wody żywność zajmuje bardzo mało miejsca i waży w okolicach 150-180 g, a jej przygotowanie jest banalnie łatwe – wystarczy zalać wrzątkiem i odczekać 5-10 minut. Dodatkową zaletą jest fakt, że nie musimy myć po posiłku garnka, ponieważ liofa zalewa się w opakowaniu i z tegoż samego opakowania się je zjada :)

Liofów spróbowałem po raz pierwszy w 2008 roku na wyjeździe w Alpach. Pamiętam, że w sklepach w Polsce wybór był wówczas niewielki, chyba ze dwie czy trzy firmy, i do tego z bardzo ograniczoną ofertą. Dzisiaj wybór jest znacznie większy i producenci walczą o klienta, oferując coraz bardziej wymyślne dania. My w trakcie naszej wędrówki przez Park Narodowy Madidi w Boliwii mieliśmy okazję przetestować liofy wchodzącej w skład grupy Katadyn firmy Trek’n’Eat.

Do plecaka trafiły takie dania jak chili con carne, makaron w sosie śmietanowym z kurczakiem i szpinakiem czy wegetariańskie risotto sojowe z bukietem warzyw. To, co moim zdaniem bardzo wyróżnia firmę Trek’n’Eat, to właśnie bogaty wybór dań wegetariańskich – poza wspomnianym risotto możemy skusić się np. na ragout sojowe z papryką i makaronem czy makaron w sosie sojowo-bolońskim.

Wszystkie dania, które próbowaliśmy, bardzo nam smakowały i jedyne zastrzeżenie jakie mamy dotyczy dań reklamowanych jako dwuosobowych – naszym zdaniem dwie osoby nie są w stanie najeść się jednym takim liofem, jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że perspektywa dwóch wygłodniałych facetów w środku amazońskiej dżungli jest wyjątkowo mało obiektywna ;)

Podusmowanie wyprawy Rio Madidi 2015.

Mija miesiąc odkąd wróciliśmy do Polski – czas najwyższy zdać szerszą relację z naszej wyprawy, której celem było przepłynięcie tratwą rzeki Madidi w parku narodowym o tej samej nazwie.

Pierwsze komplikacje pojawiły się już po przybyciu do stolicy Boliwii – La Paz. Okazało się, że loty do Rurrenabaque zostały odwołane z powodu problemów technicznych. Zamiast 40 minut lotu czekało nas ponad 17 godzin w autobusie. W tym miejscu warto odnotować, że w Boliwii nastąpił postęp – 5 lat temu pokonanie tej trasy, liczącej niewiele ponad 400 km, zajmowało ponad 20 godzin…

Po przybyciu na miejsce od razu rozpoczęliśmy poszukiwania przewodnika, który pomoże nam dotrzeć do górnego Madidi, uznaliśmy bowiem, że nie mamy wystarczająco doświadczenia, aby dotrzeć tam samodzielnie. Znalezienie odpowiedniej osoby nie było łatwe, poszukiwania zakończyły się sukcesem dopiero pod wieczór..

Naszą wyprawę zaczęliśmy 20 km przed miasteczkiem Ixiamas, na moście nad rzeką Teqeuje. Z ważącymi po 30 kg plecakami weszliśmy do lasu równikowego, by powrócić do cywilizacji po ponad 3 tygodniach. Oprócz przewodnika towarzyszył nam jego syn. Pokonanie ok. 50 km do rio Madidi zajęło nam 5 ciężkich dni. Pierwsze trzy dni szliśmy w górę rzek Tequeje i Yuama, wielokrotnie przechodząc z jednego brzegu na drugi. Rzeki te mają charakter górski i często musieliśmy przeciskać pomiędzy przybrzeżnymi skałami. Przy wysokim stanie wody przejście tej trasy byłoby niemożliwe. Czwartego i piątego dnia przeszliśmy przez góry Totumo i dotarliśmy nad Madidi, która w tym miejscu była jednak zbyt płytka, aby rozpocząć spływ. Rozważaliśmy przez chwilę pójście w górę rzeki w celu dotarcia do jej źródeł, jednak z kalkulacji naszego przewodnika wynikało, że taki marsz zająłby 5 dni w jedną stronę, a nie mieliśmy aż tyle czasu. Przez kolejne 3 dni szliśmy wzdłuż Rio Madidi pokonując w sumie ok 30 km, aż dotarliśmy do konfluencji Rio Madidi z Rio Florą. Nad górną Florą prawdopodobnie żyją nieutrzymujący kontaktu z tzw. cywilizacją Indianie Toromona – nasz przewodnik opowiedział nam, że kiedyś udał się kilka dni w górę Flory, gdzie znalazł strzały i połamany łuk wykonane w całości z naturalnych materiałów. Szybko zawrócił…

Kolejne dwa dni przeznaczyliśmy na odpoczynek, łowienie ryb i budowę tratwy z drzewa balsa. Ryby w tym miejscu były już naprawdę spore – szybko przyzwyczailiśmy się do widoku kilkunastokilogramowych – a nawet kilkudziesięciokilogramowych sumów (największa ryba, którą złowiliśmy miała ok. półtorej metra długości). Staraliśmy się łowić tyle, ile uznaliśmy, że będziemy w stanie zjeść, więc wszelkie większe ryby trafiały z powrotem do rzeki. Oprócz sumów często wyciągaliśmy z wody pstrągi, yatorany i paku (rodzaj dużej piranii). Kilka razy przechodząc przez rzekę widzieliśmy również płaszczki. Za wędki służyły nam żyłki nawinięte na kawałek balsy.

W trakcie jednego z połowów zdarzyła się ciekawa i pouczająca przygoda – podczas zdejmowania z haczyka nieduży sum przebił kolcem dłoń Piotrka, a że akurat trafił na żyłę, to trochę krwi poleciało…

Zbudowawszy tratwę rozpoczęliśmy w końcu spływ, który zakończył się po 11 dniach po przepłynięciu ok. 250 km w miejscu zwanym Puerto Serima. Według naszej wiedzy jest to jedyne miejsce nad Madidi, do którego prowadzi droga przejezdna dla samochodu i tędy podobno ma w przyszłości przechodzić droga mająca prowadzić aż do Puerto Maldonado w Peru. W tym miejscu, dokładnie po trzech tygodniach od wejścia do selvy, zdecydowaliśmy się zakończyć spływ. Do konfluencji Rio Madidi z Rio Beni zostało jeszcze prawie 200 km w linii prostej, podczas gdy do tej pory udawało nam się pokonać maksymalnie 10 km w linii prostej i na tej podstawie oszacowaliśmy, że moglibyśmy nie zdążyć na samolot powrotny do Polski, a gdybyśmy zdecydowali się płynąć dalej, nie byłoby już odwrotu. Na decyzję dodatkowo wpłynął fakt, że skończyło się nam jedzenie, a Marcin nabawił się grzybicy stóp, która w pewnym momencie spowodowała, że nie był w stanie chodzić i do jej wyleczenia niezbędne było trzymanie stóp kilka dni z dala od wody, co było niemożliwe w trakcie spływu, gdy tratwa cały czas była częściowo zanurzona.

Przez trzy tygodnie w trakcie naszej wędrówki przez selvę spotkaliśmy 5 ludzi – trzech lokalnych poszukiwaczy złota pierwszego dnia nad Rio Teqeuje i jednego Izraelczyka z przewodnikiem, który minął nas na trasie trzeciego dnia, jednak nie miał tyle czasu co my, i po dotarciu nad Madidi wrócił tą samą drogą. Widzieliśmy za to sporo zwierząt, choć jak na ten fragment parku, i tak zadziwiająco mało: sześć gatunków małp (czepiaki, kapucynki, sajmiri, tamaryny, wyjce rude i odkryte w 2004 roku małpki Golden Palace), mnóstwo ptaków (m.in. ary, zimorodki, kolibry, kormorany, sokoły, wikłacze, różne gatunki czapli), wydry, kajmany i aligatory, kapibary, pekari, dwa razy tapira z bliska i raz z daleka oraz… jaguara! To spotkanie było niezwykłe – ostatniego dnia spływu popołudniu, gdy nie spodziewaliśmy się zobaczyć nic więcej, zobaczyliśmy go – króla dżungli – jak leniwie wylegiwał się piaszczystym brzegu rzeki, nic nie robiąc sobie z przepływających niedaleko ludzi…

Wiele osób po powrocie pytało nas o robactwo i węże – tych ostatnich nie widzieliśmy wcale (!), natomiast z robactwem rzeczywiście był problem – przede wszystkim z meszkami, które kąsały nas nieustannie. W pewnym momencie doliczyliśmy się po 100 ugryzień na każdej z dłoni. Niemiłą niespodzianką okazały się również setki pszczół, które zbierały się przy każdym postoju przy przekraczaniu gór, aby spijać z nas i naszych ubrań wszelkie ślady soli. Wielokrotnie mieliśmy też okazję do spotkania z największymi mrówkami świata – paraponera clavata, potocznie zwanymi po angielsku „bullet ant” (lokalsi w Boliwii mówią na nie „buna”), ponieważ ból po ukąszeniu przez jedną z takich mrówek jest porównywalny z bólem od rany postrzałowej… Poza tym Marcin po raz kolejny miał pod skórą larwę tropikalnej muszycy skóry – wcześniej taka przygoda przytrafiła mu się 6 lat wcześniej w Peru, więc tym razem był w stanie rozpoznać objawy i larwa została wyciągnięta zanim zdążyła się rozrosnąć do przyzwoitych rozmiarów…

Z Puerto Serima udaliśmy się pieszo w kierunku Ixiamas, licząc że uda nam się po drodze złapać na stopa jedną z ciężarówek wywożących drewno z licznych wycinek – udało się to nam dopiero następnego dnia, po przejściu 40 km.

Tak zakończyła się nasza przygoda w Parku Narodowym Madidi – jednym z najbardziej bioróżnorodnych miejsc na ziemi, którego przyszłość niestety stoi pod znakiem zapytania. Zagrożeniem dla parku są dwa projekty – budowa elektrowni wodnej, która może przyczynić się do zalania znacznej powierzchni parku oraz budową drogi mającej przeciąć park i połączyć miasta Apollo i Ixiamas, a także wydobycie surowców naturalnych. Może jesteśmy naiwni, ale mamy nadzieję, że większe zainteresowanie turystów wycieczkami do PN Madidi przełoży się na zaniechanie przez rząd działań, które mogłyby przyczynić się do dewastacji PN Madidi. Dlatego najbliższy rok chcielibyśmy poświęcić na popularyzację wiedzy na temat tego magicznego zakątku na ziemi. Jeśli chcesz zaprosić nas, abyśmy opowiedzieli o naszej podróży, napisz do nas!

Na koniec chcielibyśmy podziękować naszym rodzinom za wyrozumiałość i akceptację naszych pasji! Szczególne podziękowania kierujemy również do osób, które pomogły nam na etapie przygotowań do wyprawy: Piotrowi Opacianowi, Michałowi Kozokowi, Krzysztofowi Wystrachowi oraz Rafałowi Królowi. Dziękujemy również dwóm osobom, które zdecydowały się wesprzeć nasz projekt finansowo pomimo niezebrania wystarczającej kwoty na portalu polakpotrafi – Małgorzacie Huzarskiej i Oli Rynkiewicz oraz sponsorom sprzętu używanego w trakcie wyprawy – sandałów Keen i firmie Ravenoutdoor za udzielnie zniżki na zakup liofilizatów Trek’n’eat – recenzja produktów wkrótce na naszej stronie.

Poniżej kilka zdjęć:

DSC_0044
Marcin pierwszego dnia podczas przekraczania Rio Teqeuje.
DSC_0112
Podczas przechodzenia przez mniejsze potoki przydatne były kalosze, jednak nie sprawdzały się, gdy woda była powyżej kolan.
IMG_2480
Piotrek przekracza Rio Teqeuje.
DSC_0056
Brzegi często były bardzo strome.
IMG_2607
Kije służyły do utrzymania równowagi oraz odstraszania płaszczek…
DSC_0163
Jedna z kilku spotkanych przez nas płaszczek.
IMG_2598
Sum złapany przez Piotrka. Największa ryba, jaką udało nam się złowić, miała ok 1,5 długości.
05
Sum złapany przez Marcina…
IMG_2594
Ryba Yatorana.
IMG_2634
Przygotowywanie posiłiku.
DSC_0173
Ryba z grilla.
IMG_3154
Pirania.
IMG_3150
Mały sum, duży problem – podczas ściągania z haczyka przebił dłoń Piotrka kilkucentymetrowym kolcem…
DSC_0240
Przygotowywanie tratwy – ściągamy korę z balsy.
DSC_0242
Budowa tratwy z balsy.
DSC_0246
Gotowa tratwa.
DSC_0055
Obóz.
DSC_0166
Toksyczna gąsienica…
IMG_2520
Motyl morpho.
IMG_2753
Kolejny z tysięcy motyli, które widzieliśmy…
IMG_2584
Motyl-Nazista ;)
IMG_2452
Jeszcze jeden motylek.
IMG_2947
Kapibary.
IMG_3002
Kapibara z bliska.
DSC_0734
Tapir.
IMG_2856
Zimorodek.
DSC_0311
Kormoran.
IMG_2680
Sokół próbujący dostać się do gniazda wikłaczy.
DSC_0188
Kolorowe ary.
IMG_3049
Czepiak czarny.
IMG_3230
Małpka sajmiri.
DSC_0208
Konfluencja Rio Madidi i Rio Flora.
IMG_2886
Rio Madidi.
DSC_0157
Widzieliśmy mnóstwo śladów dużych kotów…
DSC_0814
Jaguar!!!

Ruszamy do Boliwii!

Pomimo nie zebrania wystarczającej kwoty na polakpotrafi, ruszamy już dziś do Boliwii żeby zmierzyć się z rzeką Madidi! Do naszych plecaków trafiły m.in. sandały od Keen, które przetestujemy w trakcie spływu oraz liofilizaty Trek’n’eat zakupione ze zniżką od firmy Ravenoutdoor. Będziemy starali się w miarę na bieżąco (gdy będzie to możliwe) wrzucać informacje o przebiegu naszej wyprawy na profilu na FB.